Porwanie - fragmenty
Joseph Conrad
Ocalenie
Porwanie
Jak okiem sięgnąć, wszystko było tylko niezmiernym światłem i niezmierną pustką. Wzrok pani Travers wędrował po błyszczącej, ciemnej przestrzeni pustych wód do brzegu obramionego białym piaskiem; brzeg ten był także pusty i nie zdradzał żadnych przejawów ludzkiego życia. Chaty kryły się w cieniu drzew owocowych; zasłaniały je uprawne łany kukurydzy i plantacje bananów. Blisko brzegu można było rozróżnić za ostrokołami sztywne linie dwóch portów strzegących wybrzeża, a między nimi, za wielką, otwartą przestrzenią, sterczał brunatny, pochyły dach olbrzymiego, długiego budynku; ów dach zdawał się wisieć w powietrzu, a nad nim powiewała wielka, kwadratowa chorągiew. Nad szczytem meczetu unosił się jak gdyby drobny, biały płomień; był to ornament rzezany w białym koralu odbijający pionowo promienie słońca. Mnóstwo jaskrawych, wąskich chorągiewek, białych i czerwonych, powiewało nad wpół—ukrytymi dachami, nad wspaniałymi polami, wśród ciemnych gajów palmowych. Lecz mogło się zdawać, że osada jest pusta — jakby ludność udekorowała ją i porzuciła. Lingard wskazał ostrokół po prawej stronie.
— Tam właśnie jest pani mąż — rzekł do pani Travers.
— Kim jest ten drugi więzień? — wyrzekł za nimi głos Jörgensona. Stał zwrócony w tę samą stronę, utkwiwszy skroś nich w pustce dziwny, nie widzący wzrok.
— To zdaje się Hiszpan — prawda, proszę pani? — zapytał Lingard.
— Niezmiernie trudno uwierzyć, że w ogóle tam ktoś jest — szepnęła pani Travers.
— Czy widziałeś ich obu, Jörgenson? — zapytał Lingard.
— Nie dostrzegłem nikogo. Za daleko było. Za ciemno.
Daman wylądował mniej więcej na godzinę przed świtem i właściwie Jörgenson nie dostrzegł nic prócz odległego blasku pochodni, a głośne krzyki podnieconego tłumu dosięgły go poprzez lagunę tylko jako słaby i burzliwy gwar. Światła ruszyły natychmiast korowodem przez gaj ku warownym ostrokołom. Odległy blask zanikł w blednących ciemnościach i pomruk niewidzialnego tłumu ucichł, jakby uniesiony przez cofający się cień nocy. Światło dnia pojawiło się szybko, odsłaniając przed bezsennym Jörgensonem pustkę wybrzeża i widmowe zarysy znanych mu grup roślinnych oraz rozsianych ludzkich siedzib. Śledził rozmaite barwy, występujące wraz ze świtem, rozległą, uprawną osadę o przeróżnych odcieniach zieleni, objętą w dali piękną, czarną linią lasu stanowiącego jej kres i osłonę.
Pani Travers stała tuż przy poręczy, nieruchoma jak posąg. Jej twarz straciła ruchliwość, a policzki pokryły się martwą białością, jakby cała jej krew spłynęła z powrotem do serca i tam pozostała. Nawet jej wargi pobladły. Lingard chwycił ją szorstko za ramię.
— Niechże się pani opanuje! Co panią tak przeraziło? Jeśli pani nie wierzy moim słowom, niech pani posłucha, co powie Jörgenson…
— Tak, pytajcie mnie — mruknął Jörgenson pod białym wąsem.
— Mów otwarcie, Jörgenson. Jak myślisz, czy ci panowie żyją?
— Bezwarunkowo — rzekł Jörgenson z pewnym rozczarowaniem w głosie, jakby się spodziewał daleko trudniejszego pytania.
— Czy grozi im bezpośrednie niebezpieczeństwo?
— Naturalnie że nie — rzekł Jörgenson. Lingard odwrócił się od wyroczni.
— Słyszała go pani, prawda? Może pani wierzyć każdemu jego słowu. Nie ma żadnej myśli, żadnego projektu w tej osadzie — ciągnął wskazując na niemą pustkę laguny — których by ten człowiek nie znał jak swoich własnych.
— Wiem wszystko. Pytajcie mnie — mruknął machinalnie Jörgenson.
Pani Travers nic nie odrzekła, lecz poruszyła się z lekka, a sztywna jej postać zachwiała się niepokojąco. Lingard otoczył ją mocno ramieniem: zdawała się tego nie dostrzegać, póki, odwróciwszy głowę, nie zobaczyła twarzy Lingarda tuż
